Harcerski Ośrodek Wodny Harcerski Ośrodek Wodny

baner lewy opp

Informator 2018

baner lewy treminy egzaminow

baner lewy egzamin

„Wyruszasz w morze pierwszy raz, z wiarą nadzieją w drugi brzeg” – czyli II turnus Wenedy

Jak to od pewnego czasu bywa do Świnoujścia udaliśmy się ośrodkowym Joyem; może trochę drożej, ale wygodniej i znacznie bardziej komfortowe zakupy na miejscu. We wtorek rano załoga Spidera poprawiła co mogła na jachcie, my w tym czasie zrobiliśmy zakupy a potem przejęliśmy „Wenedę". Środa rozpoczęła się od omówienia zasad panujących na jachcie, alarmów i ogólnie co jak działa i w jakiej kolejności wykonywać wszelkie prace. A potem to już „Dalej w morze wychodzimy, nie szczędź sił dzisiaj jest nasz czas". Prognoza mówiła, że „północno-wschodni 5-6 będzie nas bajdewindem nieść"; no i poniósł nas, ale nie na Bornholm jak planowaliśmy, lecz do Sassnitz. Stało się tak gdyż nasz prezes (i nie tylko on) mógł niestety śmiało zaśpiewać „Dziś przyszedł do mnie paw, powiedział mi dzień dobry panu..."; a w zasadzie to małe stadko tych uroczych, kolorowych ptaszków. Wieczorny spacer po klifach, miasteczku, parę godzin snu i znowu „w morze czas nam"; tym razem zdecydowanie Bornholm, tym bardziej iż wiatr zapowiadał jachting a nie żeglarstwo.

W piątek wieczorem dopływamy do Ronne; wieczorne rozpoznanie miasta (co stanie się tradycja tego rejsu), prysznic i do koji nabrać sił przed dokładniejszym zwiedzaniem miasta i dalszą żeglugą. Sobota to trzy porty: poranny spacer po Ronne, krótka żegluga wzdłuż Bornholmu do Hasle( gdzie mogliśmy obserwować podnoszenie z dna statku) i nocą mijamy główki portu Christianso, stajemy long-side na trzeciego do burty jakiegoś jachtu i idziemy spać pomimo wyraźnie widocznych ogni nocy świętojańskiej na Frederikso. Skoro świt o 7 skipper robi pobudkę, uruchamia silnik i ogłasza przygotowanie do manewrów ( a załoga raczej myślała o śniadaniu lub zwiedzaniu); na szczęście okazuje się, że jest to tylko przestawienie się na wolne miejsce, gdzie nie będziemy nikomu przeszkadzać a sami nie będziemy związani godziną czyjegoś odpłynięcia. Archipelag spodobał się każdemu, nawet Wojtkowi, który dotąd nie wykazywał większej ochoty do zwiedzania. Pomimo tego po kilku godzinach usłyszeliśmy „żagle staw , cumy rzuć - czas ruszyć na szlak...", bo przed nami jeszcze sporo drogi. Za główkami portu Grześ zawołał „więcej żagli rozwińcie z rej płótna, niechaj maszty się kładą na fali" i tak pod Fiii pożeglowaliśmy w stronę Gotlandii. I po raz kolejny sprawdziła się zasada nie wpisywania do dziennika portu przeznaczenia przed jego osiągnięciem. Wieczorna prognoza mówiła o tężejącym wietrze a nad ranem "sztorm nas złapał, fala wielka na trzech chłopa wiatr z zachodu gnał" – przynajmniej tak to widziała część załogi mówiąc o 8-9 ob. Na dodatek skipper każe stawiać przedni żagiel i odstawia silnik – nic tylko „czeka nas ostatni rejs do Hilo". Nad ranem wchodzimy w Kalmarsund, fale trochę łagodnieją, a po kolejnych paru godzinach stajemy w Kalmarze. Po przeanalizowaniu skali Beauforta i porównaniu jej z tym co widzieliśmy i co Grześ chciał żebyśmy zapamiętali okazuje się iż walczyliśmy z zaledwie 5 w porywach 60B, no ale cóż „płynęło się pierwszy raz". Następnego dnia ruszamy znowu w kierunku Visby pokonując część trasy na silniku co nie pasuje Grzegorzowi, który słusznie twierdzi, że: „Łoskot maszyn i miarowy tłoków takt głuszą prawdę, że duszy im brak". Za to stolica Gotlandii wynagradza nam wszystko: niskie temperatury, pewne obawy i niedosypianie. Piękne średniowieczne miasto otoczone murami z wyrzuconymi poza ich obręb Mc Donaldem, bankami, supermarketami itp. Po 26 godzinach postoju w tym uroczym miejscu ruszamy dalej w morze bo wiadomo, że „w portach to statki rdzewieją a ludzie schodzą na psy". I tak rozpoczęła się długa droga do Rygi; wiatr albo prawie nie wiał, albo słabo lecz zmuszając nas do halsowania a nam marzyły się „Białe żagle na masztach wiatrem dumnie wydęte"; na domiar złego na Zatoce Ryskiej przyszła mgła i to taka że widoczność spadła do ok. 50m. Po tych przeżyciach nasz pierwszy postanowił założyć towarzystwo zwalczające śpiewanie szant i piosenek żeglarskich przez żeglarzy śródlądowych, no może za wyjątkiem „Na Mazury, Mazury, Mazury.." itp. Ostatecznie po 80,5 godzinach oddaliśmy cumy w marinie Andreajosta kończąc nasze żeglowanie. Pozostałe 2 dni zajęło nam zwiedzanie Rygi, sprzątanie jachtu, kupowanie pamiątek i kartek i wspominanie przeżytych dni. U nie jednego okazało się, że „Teraz dumna Twoja mina, cape hornowca twarda dłoń". W środę rano udaliśmy się na dworzec w celu rozpoczęcia drogi powrotnej do domów. Lecz niestety w momencie podjechania autobusu okazało się że nie ma nas na liście pomimo posiadanie biletów; na szczęście dzięki pozytywnemu nastawieniu agentek Simply Bus i zaangażowaniu Wojtka z Grzesiem odjechaliśmy w kierunku Wilna a potem dalej z paroma przesiadkami aż do Częstochowy i Bytomia .

Jednego jesteśmy pewni:

choć na morzu nie raz bywało źle popłyniemy jeszcze nie raz